niedziela, 29 października 2017

7.

Aniela siedziała cierpliwie z Kiciuńkiem w objęciach i czekała, aż umęczona weselem dwójka się obudzi. Orion, Limeryk Piotr zasnęli także, Aniela zajęła się więc układaniem surowej mowy, którą zamierzała ugodzić okrutnie w najczulsze punkty Poety: honor, dumę, szacunek dla samego siebie i inne, o ile jeszcze jakieś sobie przypomni. Skupienie zakłócał jej opadający na czoło Poety lok, który budził w niej niczym nie uzasadnioną czułość i bardzo ją ta czułość złościła.
Cherubinek zadzwonił przy Bramie i Aniela z niechęcią pomyślała o duszy, której w takiej chwili zebrało się na umieranie i która sterczy na progu, odrywając ja, Anielę, od tak ważnych przemyśleń. I przyjemnych.
Powoli, żeby nie obudzić Kiciuńka, zbliżyła się do Bramy. Istotnie, stała tam wysoka, starannie ubrana i skropiona drogą wodą toaletową postać.
Co za idiota perfumuje się do trumny”, pomyślała zirytowana Aniela i postanowiła tym razem wcale nie być taka miła. Kiedy jednak spojrzała w twarz przybyszowi, zamarła ze strachu. Mężczyzna był stary, pod oczami miał ciężko zwisające wory, twarz była zacięta, arogancka i miała tak tępy i zarazem okrutny wyraz, że Aniela bez zastanowienia zrobiła to, co nakazywał jej wrodzony hart ducha – uciekła.

       - Piotrze, obudz się szybko, straszna morda czeka przy Bramie!
  • Jak to „morda”, Aniela, co to za wyrażenie?
  • Idz, to sam zobaczysz, jakiś seryjny morderca albo ktoś taki. Straszny!
Piotr wzruszył ramionami i poszedł, a kiedy znalazł się przy Bramie, Niebo rozjarzyło się zimnym niebieskim blaskiem, przeszyła je ogromna błyskawica, a wszystko trwało tak krótko, że Aniela nie zdążyła ochłonąć ze zdumienia.
Zdawało jej się, że w blasku błyskawic przez moment zobaczyła oblicze Piotra, zupełnie inne niż codzienna, prostoduszna twarz jej przewodnika i przyjaciela.
Tak, to był prawdziwy święty Piotr, surowy i mocarny niczym...niczym archanioł albo ktoś z Gwiezdnych Wojen, pomyślała Aniela i zanim zdążyła się przestraszyć, Piotr wrócił, stateczny i miły jak zwykle, a Niebo było znowu pogodne i błękitne.
Błyskawice obudziły strudzonych weselników z Kany Galilejskiej, a twarzyczki mieli rozanielone i różowe jak niemowlęce pupy. W Niebie wszak nie istniała bolesna przypadłość zwana na Ziemi kacem.

  • Co zrobiłeś z mordą? Kto to w ogóle jest?
  • Taki jeden... – wycedził Piotr ze wstrętem – Miałaś rację, paskudny typ. Miał za życia jedną namiętność: zabijać i niszczyć wszystko, co żyje. Gdyby mu przez łeb przebiegło tyle myśli, ile wystrzelił ze strzelby kul, to byłby bardzo mądrym człowiekiem.
  • To kim on był, kierownikiem strzelnicy?
    • Nie zgadniesz: był ministrem!
    • Ministrem od strzelania? - zdziwiła się Aniela – W jakim kraju?
    • W tym, w którym wymordowano żubry, bobry, łosie, lisy i wilki. To nie twoje czasy, więc nie ma dla ciebie znaczenia, jaki to kraj, prawda? Ważne jest, że łotr żył długo i wyrządził wiele, wiele zła. W dodatku jest pełen pychy i zacięty, nie odczuwa żadnej skruchy, żadnych wyrzutów sumienia!
    • Co z nim zrobiłeś?
    • Z rozkoszą nadziałbym drania na widły i opiekał na ogniu piekielnym, ale nie mogę, bo obowiązuje mnie Program Miłosierdzia Bożego. Muszę drania skierować na resocjalizację.
    • Dawniej się mówiło na to czyściec, prawda? - zapytała Aniela.
    • Tak. Poszliśmy jednak z duchem czasu, metody stosowane w czyśćcu były dość monotonne, resocjalizacja daje bardzo bogatą paletę narzędzi.
      Bogata paleta narzędzi mocno zainteresowała przysłuchującego się dotąd spokojnie Poetę. Młody góral też zastrzygł ciekawie uchem.
    • Jaką paletę przeznaczyłeś dla ministra? - zapytała Aniela.
      Piotr uśmiechnął się z ledwo zamaskowaną dumą:
    • Poszedł do swoich przyjaciół zwących się „myśliwymi”. To bardzo dziwaczna i żałosna grupa, której celem jest strzelanie do istot żywych.
      Ich mózgi to coś w rodzaju odpadu ewolucyjnego, nie funkcjonują normalnie. Oni wszystkie obiekty ruchome nazywają „dzikiem” i strzelają do nich. Widzą człowieka, rower, psa, krowę, kota i strzelają, bo mówią, że to dzik.
    • Dlaczego tak nienawidzą dzików? - zapytał ze smutkiem Poeta.
    • Nie mam pojęcia – odparł bezradnie Piotr – Za moich czasów było inaczej. Ludzie zabijali zwierzęta, żeby je zjeść, albo żeby złożyć ofiarę bogom. Wierzyli, że bogowie tego od nich żądają. Nie każcie mi rozumieć współczesności, nie jestem filozofem, jestem prostym rybakiem.
      To była stała wymówka Piotra, kiedy nie chciał się wdawać w zbyt długie i męczące dywagacje.
    • Wracając do palety... - przypomniała Aniela – Co przyjemnego spotka naszą mordę?
    • Myśliwi” będą się na nim uczyć odróżniać obiekty. Będą do niego strzelać tak długo, aż się nauczą odróżniać człowieka od dzika, a mogę cię zapewnić, że będą tę wiedzę przyswajać mozolnie i bardzo długo!
    • To się zdziwi panocek, kiej w dupe kul nachyta! - podsumował góral, a Piotrowi nie pozostało nic innego, niż udać, że nie słyszy i oddalić się z udawaną powagą.
      Aniela pobiegła za nim.
    • Piotrze – szepnęła cichutko – Ja już wiem, kim on był na Ziemi. Czy mogłabym pójść i też sobie trochę do niego postrzelać?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz