niedziela, 28 listopada 2010

2.

- Spokojnie tu dzisiaj jak Kanie Galilejskiej przed cudem – westchnął przy Bramie z zadowoleniem Piotr i zasiadł na płaskim szerokim głazie. Na Anielę czekał wygodny wiklinowy fotelik, niewielki stolik nakryty białą serwetką, a nim stał… a na nim stałby talerz z wypiętrzoną piramidą babeczek, gdyby Orion nie strącił go energicznym trzepnięciem ogona.
- Moje babeczki! – zmartwiła się Aniela
- Czy ty na Ziemi głodowałaś? Objadasz się jak Gargantua! – powiedział kąśliwie Piotr i odłamał z cynowego talerza leżącego u jego stóp kawałek twardego suchego podpłomyka.
- Jak wy mogliście coś takiego jeść – skrzywiła się Aniela –I ta paskudna manna do tego.
- Manna! – rozmarzył się Piotr – Gdybyś wiedziała, jak ona chrzęści między zębami, zmieszana z ziarenkami piasku! Smak mojej młodości! Spróbuj!
- Niee, dziękuję, wolałabym coś słodkiego. Może być marcepan.
W tym momencie na stoliku pojawiła się srebrna taca z piramidką ciemnobrązowych krążków.
- W gorzkiej czekoladzie? – upewniła się Aniela – Ze śliwkami?
- Panie, kogo mi zesłałeś do pomocy! – westchnął Piotr – Moja poprzednia asystentka, Pantofleta, bardzo lubiła podpłomyki.
- Dlaczego jej tu nie ma?
- Biedaczka cierpi na melancholię.
- Znowu ze mnie żartujesz – oburzyła się Aniela – W Niebie nie ma melancholii ani smutku!
- Moja droga, jestem tu trochę dłużej od ciebie i zapewniam cię, że w Niebie można znaleźć wszystko. Oczywiście, z wyjątkiem śmierci, zła i tym podobnych śmieci. Widzisz, Pantofleta próbowała dogonić swoje przeznaczenie na Ziemi i to jej się nie udało, więc trafiła do Nieba jako dusza wiecznie poszukująca.
- I co?
- Pantofleta odczuwa potrzebę oddawania się idei, poświęcania dla niej, próbowała zakładać tutaj kobiece stowarzyszenia, organizowała akcje, które wszyscy lekceważyli, więc kiedy  dowiedziała się, że w części Nieba dla muzułmanów stale brakuje hurys, zgłosiła się jako ochotniczka.
- I co?! – zainteresowała się bardziej Aniela.
- Nie przyjęli jej. Oni są pod pewnymi względami niezwykle ortodoksyjni. Mają ścisłe wytyczne dotyczące hurys i, delikatnie rzecz ujmując, Pantofleta nie pasuje wizerunkowo.
Mocno odczuła ten afront, zamknęła się w sobie i zaczęła pasjonować się haftem.
- Takie buty – mruknęła Aniela
- Nie buty. Pantofle! Haftuje pantofle z filcu i ciągle zdejmuje ze mnie miarę! Twierdzi, że mam klasyczną stopę.
- Jak myślisz, czy ja bym się nadawała na hurysę? – zapytała Aniela, przyglądając się w skupieniu swojej sylwetce.
- Panie mój – jęknął Piotr bezradnie – Ja nie mam ambicji, żeby zostać męczennikiem, dlaczego tak ciężko mnie doświadczasz?!

sobota, 27 listopada 2010

1.

Kiedy Aniela po bardzo długim życiu trafiła do Nieba, przez pewien czas robiła to, co lubiła robić najbardziej – to znaczy, nie robiła nic. Przez tydzień, może dwa rozkoszowała się ulubionym widoczkiem: lekko zamglone góry tonące w pianie jodeł ( w Niebie dostępny był każdy ziemski widok i każda pora roku równocześnie), jadła szarlotkę i tort czekoladowy, brzoskwinie i melony i marzyła…
Nie tęskniła za nikim, nikogo nie chciała odszukać. Na razie. Przez chwileczkę.
Wystarczała jej cisza i rzeczywiście niebiański spokój, który był nieskończenie bardziej cudowny niż wszelkie o nim wyobrażenia. I Orion, który czekał tu na nią już bardzo, bardzo długo i miał tak samo bursztynowe spojrzenie i tak samo zimny nos jak kiedyś.
Niestety, nawet w Wieczności nic nie trwa wiecznie. Aniela właśnie najbezczelniej wyjadała krem z kremówek, nie troszcząc się, że poplami kartki czytanej książki (w Niebie problem plam wszak nie istniał). Nadmienić trzeba, iż Aniela po wdarciu się do niebiańskiej biblioteki  
natychmiast zapomniała o składanych sobie obietnicach, że w Wieczności przeczyta wreszcie wszystkie ambitne książki, na które w życiu na szczęście nie miała czasu, odsunęła ze wstrętem młodą literaturę mongolską i postmodernistów tureckich i wybrała z półki… nie, lepiej nie zdradzać, co takiego ambitnego wybrała Aniela.
Gdy więc Aniela najbezczelniej czyniła spustoszenie w kremie i w swoim intelekcie,
usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Za drzwiami stał, uśmiechając się miło, święty Piotr.
 Nie miał brody, siwiejące na skroniach włosy były bardzo bujne, a pod białą szatą prężył się tors godny gladiatora.
- Przydomek Skała zobowiązuje, prawda? - powiedział do lekko zdziwionej Anieli – Przyszedłem zapytać, czy nie masz ochoty na jakieś urozmaicenie?
- Nie! – odpowiedziała energicznie Aniela – Chciałabym jeszcze trochę odpocząć, dopiero zaczęłam.
- Minęło już kilka stuleci, wygląda na to, ze jesteś w odpoczywaniu nienasycona – odparł święty Piotr lekko uszczypliwie.
- Dziwisz się? – wzruszyła ramionami Aniela – Mam po czym odpoczywać! Myślałam, że minął dopiero tydzień.
- Jesteś mi potrzebna. Marzę o twoim towarzystwie przy Bramie.
- To na pewno będzie nudne – skrzywiła się Aniela
- Ależ skąd! Zapewniam cię, że to lepsze miejsce widokowe niż stolik w paryskiej kawiarni. Tłumy dusz się tam kręcą, a jedna ciekawsza od drugiej!
- Ja wolę spokój - mruknęła Aniela – A święty spokój jest tu podobno gwarantowany.
- Nie grymaś, spodoba ci się. A przy okazji pokażę ci kawałek Nieba.
Piotr poprawił aureolkę na głowie Anieli i wskazał jej drogę, która wiła się uroczo wśród krzewów piwonii i hortensji. Przygotował drogę tak, jak lubiła i natychmiast tego pożałował, gdyż Aniela przystawała w zachwycie nad każdym kwiatkiem.
Orion niestrudzenie biegł za nią i sikał na każdy krzew.
- Próbuję powstrzymać się od uwag, ale jest to najgorzej wychowany pies w Wieczności – powiedział Piotr.
- Wiem – odparła beztrosko Aniela – Sama go przecież wychowałam!
A co to jest? – zdziwiła się, słysząc niewyraźny, narastający szmer, który wkrótce dał się rozpoznać jako brzęczenie polifonicznych melodyjek.
- To skupisko ubogich w duchu – wyjaśnił Piotr i pokazał Anieli dolinkę, gdzie
 dusze z porządnie wygolonymi karkami stukały z pasją w klawiatury telefonów komórkowych.
- Po co im te telefony? Czy tutaj jest zasięg?
- Ależ skąd, nie ma! Jeden operator wprawdzie obiecywał, ale chciał tylko dla rodziny, więc się nie opłacało ciągnąć kabli. Ci w dolinie ściągają sobie melodyjki.
Nie przyglądaj im się z takim obrzydzeniem! Tu każdy jest szczęśliwy tak, jak sobie wymarzył.
Aniela nadal stała nieruchomo, gryząc dolną wargę i rozszerzając dziurki od nosa, co było u niej wyrazem najwyższego – dodajmy, rzadko doznawanego – skupienia.
- Chodźmy dalej – powiedział Piotr, który przyglądał się Anieli z radością zabarwioną mało niebiańskim szelmostwem.
Nie dane im było jednak zbyt długo wędrować spokojnie, gdyż Aniela tym razem przystanęła na widok jasnobłękitnej poświaty błyszczącej nad kolejną doliną.
- A to co znowu? – wyjąkała – Wygląda jak blask niezliczonej ilości ekranów telewizyjnych!
- Bo to są telewizory. Prawie wszyscy je tutaj mają.
- Kpisz sobie ze mnie! – obraziła się Aniela.
 - Nie czytałaś Apokalipsy? „I wniosą do niego przepych i skarby narodów” – no to większość narodów wchodzi z telewizorami.
- „A nic nieczystego do niego nie wejdzie” – upierała się Aniela.
- Moja droga, te współczesne plazmy mają bardzo czysty odbiór, a poza tym powiem ci w sekrecie, że odkąd Hanka Mostowiak zaadoptowała dziewiąte dziecko, nawet Matka Boska ogląda „M jak miłość”! Przestań się wiercić i rozglądać, bo nie dojdziemy do Bramy w tym stuleciu!