niedziela, 29 października 2017

7.

Aniela siedziała cierpliwie z Kiciuńkiem w objęciach i czekała, aż umęczona weselem dwójka się obudzi. Orion, Limeryk Piotr zasnęli także, Aniela zajęła się więc układaniem surowej mowy, którą zamierzała ugodzić okrutnie w najczulsze punkty Poety: honor, dumę, szacunek dla samego siebie i inne, o ile jeszcze jakieś sobie przypomni. Skupienie zakłócał jej opadający na czoło Poety lok, który budził w niej niczym nie uzasadnioną czułość i bardzo ją ta czułość złościła.
Cherubinek zadzwonił przy Bramie i Aniela z niechęcią pomyślała o duszy, której w takiej chwili zebrało się na umieranie i która sterczy na progu, odrywając ja, Anielę, od tak ważnych przemyśleń. I przyjemnych.
Powoli, żeby nie obudzić Kiciuńka, zbliżyła się do Bramy. Istotnie, stała tam wysoka, starannie ubrana i skropiona drogą wodą toaletową postać.
Co za idiota perfumuje się do trumny”, pomyślała zirytowana Aniela i postanowiła tym razem wcale nie być taka miła. Kiedy jednak spojrzała w twarz przybyszowi, zamarła ze strachu. Mężczyzna był stary, pod oczami miał ciężko zwisające wory, twarz była zacięta, arogancka i miała tak tępy i zarazem okrutny wyraz, że Aniela bez zastanowienia zrobiła to, co nakazywał jej wrodzony hart ducha – uciekła.

       - Piotrze, obudz się szybko, straszna morda czeka przy Bramie!
  • Jak to „morda”, Aniela, co to za wyrażenie?
  • Idz, to sam zobaczysz, jakiś seryjny morderca albo ktoś taki. Straszny!
Piotr wzruszył ramionami i poszedł, a kiedy znalazł się przy Bramie, Niebo rozjarzyło się zimnym niebieskim blaskiem, przeszyła je ogromna błyskawica, a wszystko trwało tak krótko, że Aniela nie zdążyła ochłonąć ze zdumienia.
Zdawało jej się, że w blasku błyskawic przez moment zobaczyła oblicze Piotra, zupełnie inne niż codzienna, prostoduszna twarz jej przewodnika i przyjaciela.
Tak, to był prawdziwy święty Piotr, surowy i mocarny niczym...niczym archanioł albo ktoś z Gwiezdnych Wojen, pomyślała Aniela i zanim zdążyła się przestraszyć, Piotr wrócił, stateczny i miły jak zwykle, a Niebo było znowu pogodne i błękitne.
Błyskawice obudziły strudzonych weselników z Kany Galilejskiej, a twarzyczki mieli rozanielone i różowe jak niemowlęce pupy. W Niebie wszak nie istniała bolesna przypadłość zwana na Ziemi kacem.

  • Co zrobiłeś z mordą? Kto to w ogóle jest?
  • Taki jeden... – wycedził Piotr ze wstrętem – Miałaś rację, paskudny typ. Miał za życia jedną namiętność: zabijać i niszczyć wszystko, co żyje. Gdyby mu przez łeb przebiegło tyle myśli, ile wystrzelił ze strzelby kul, to byłby bardzo mądrym człowiekiem.
  • To kim on był, kierownikiem strzelnicy?
    • Nie zgadniesz: był ministrem!
    • Ministrem od strzelania? - zdziwiła się Aniela – W jakim kraju?
    • W tym, w którym wymordowano żubry, bobry, łosie, lisy i wilki. To nie twoje czasy, więc nie ma dla ciebie znaczenia, jaki to kraj, prawda? Ważne jest, że łotr żył długo i wyrządził wiele, wiele zła. W dodatku jest pełen pychy i zacięty, nie odczuwa żadnej skruchy, żadnych wyrzutów sumienia!
    • Co z nim zrobiłeś?
    • Z rozkoszą nadziałbym drania na widły i opiekał na ogniu piekielnym, ale nie mogę, bo obowiązuje mnie Program Miłosierdzia Bożego. Muszę drania skierować na resocjalizację.
    • Dawniej się mówiło na to czyściec, prawda? - zapytała Aniela.
    • Tak. Poszliśmy jednak z duchem czasu, metody stosowane w czyśćcu były dość monotonne, resocjalizacja daje bardzo bogatą paletę narzędzi.
      Bogata paleta narzędzi mocno zainteresowała przysłuchującego się dotąd spokojnie Poetę. Młody góral też zastrzygł ciekawie uchem.
    • Jaką paletę przeznaczyłeś dla ministra? - zapytała Aniela.
      Piotr uśmiechnął się z ledwo zamaskowaną dumą:
    • Poszedł do swoich przyjaciół zwących się „myśliwymi”. To bardzo dziwaczna i żałosna grupa, której celem jest strzelanie do istot żywych.
      Ich mózgi to coś w rodzaju odpadu ewolucyjnego, nie funkcjonują normalnie. Oni wszystkie obiekty ruchome nazywają „dzikiem” i strzelają do nich. Widzą człowieka, rower, psa, krowę, kota i strzelają, bo mówią, że to dzik.
    • Dlaczego tak nienawidzą dzików? - zapytał ze smutkiem Poeta.
    • Nie mam pojęcia – odparł bezradnie Piotr – Za moich czasów było inaczej. Ludzie zabijali zwierzęta, żeby je zjeść, albo żeby złożyć ofiarę bogom. Wierzyli, że bogowie tego od nich żądają. Nie każcie mi rozumieć współczesności, nie jestem filozofem, jestem prostym rybakiem.
      To była stała wymówka Piotra, kiedy nie chciał się wdawać w zbyt długie i męczące dywagacje.
    • Wracając do palety... - przypomniała Aniela – Co przyjemnego spotka naszą mordę?
    • Myśliwi” będą się na nim uczyć odróżniać obiekty. Będą do niego strzelać tak długo, aż się nauczą odróżniać człowieka od dzika, a mogę cię zapewnić, że będą tę wiedzę przyswajać mozolnie i bardzo długo!
    • To się zdziwi panocek, kiej w dupe kul nachyta! - podsumował góral, a Piotrowi nie pozostało nic innego, niż udać, że nie słyszy i oddalić się z udawaną powagą.
      Aniela pobiegła za nim.
    • Piotrze – szepnęła cichutko – Ja już wiem, kim on był na Ziemi. Czy mogłabym pójść i też sobie trochę do niego postrzelać?




niedziela, 22 października 2017

6.

Jeśli święty Piotr łudził się, że postawienie pomocnicy przy Bramie zapewni mu długą chwilę odpoczynku, zawiódł się sromotnie. Aniela wróciła jeszcze szybciej, niż poszła, w dodatku rozpaczliwie szlochając. W ramionach trzymała małego rudego pieska i zalewała go strumieniem łez.
- Znowu pies! - przeciągnął się Piotr - Psy wchodzą przez Bramę Świętego Rocha! Wiecznie się mylą, włażą tędy i sikają mi na hortensje. A ty czemu płaczesz?
- Zobacz, jaki jest biedny! Chudziutki, stary, ma na futerku przymarznięty śnieg!
Piotr przyjrzał się pieskowi i serce ścisnęło mu się ze współczucia.
- Na Ziemi jest teraz zima, musiał umrzeć na ulicy - powiedział i zaraz tego pożałował, bo Aniela rozpłakała się jeszcze głośniej. Pogłaskał ją po głowie.
- Nie płacz, to minęło, on już jest szczęśliwy.
Aniela przetarła zapuchnięte oczy. Staruszek, przytulony ufnie, mocno zasnął. Jego brudne, potargane futerko było już czyste, aksamitne, mięciutkie jak jedwabna przędza. 
Aniela pocałowała go w puszyste rdzawe ucho.
- Będzie mój, nikomu go nie oddam. 
Piotr odwrócił głowę, bo oczy zaszkliły mu się kompromitująco.
- Trzeba zameldować Rochowi, żeby go wpisał do księgi przyjętych, on się bardzo awanturuje, gdy mu się coś w papierach nie zgadza.
- Księgi? - zdziwiła się Aniela - My nie prowadzimy żadnych ksiąg!
- My mamy nowoczesny system ewidencji, każda wchodząca dusza rejestruje się automatycznie, a Roch lubi pisać ręcznie, ludzie Średniowiecza mają swoje dziwactwa.
Nawiasem mówiąc, jego księgi to dzieła sztuki, pomaga mu nawiedzona szajka benedyktynów, którzy sens wiecznego życia widzą w smarowaniu liter. Szaleńcy, szaleńcy!
- Lubisz ich, prawda? - uśmiechnęła się Aniela znad rudych psich uszu.
- Lubię, lubię, można z nimi tak przyjemnie pomilczeć, to bardzo relaksujące, przy Bramie jest niekiedy zbyt głośno i tłoczno jak na mój gust. Dają kieliszeczek likieru i o nic nie pytają. Zresztą, z Rochem bardzo się przyjaznimy.
Piotr skinął na cherubinka i polecił mu pobiec z meldunkiem do Rocha.
- Jakie imię będzie nosił twój piesek?
- Kiciuniek! - odparła Aniela bez wahania, a cherubinek pomknął z furkotem skrzydełek w stronę Bramy Świętego Rocha.
Aniela tuliła czule śpiącego Kiciuńka, drugą ręką głaskała posapującego przez sen Oriona, a Piotr, jako że przy Bramie akurat nic się nie działo, postanowił pokrzepić się kolejną drzemką, gdy błogi nastrój został zakłócony przez wyjątkowo irytujący hałas dobiegający od strony Drogi Mlecznej. Pobożne siostry Sanktuaria i Kolegiata także ocuciły się z modlitewnego pochrapywania i wszyscy, zgodnie zdumieni, wpatrywali się w stronę, skąd dochodziły coraz wyrazniejsze dzwięki.
- Gdybyśmy nie byli w Niebie, pomyślałabym, że to... że to góralska przyśpiewka - wyjąkała Aniela.
Zanim Piotr zdążył odpowiedzieć, z mlecznego kurzu wypadł pędem rozczochrany Limeryk, a za nim, zataczając się zamaszyście, zaskakująca para złączona mocnym pijackim uściskiem: Poeta i góral przyodziany w pięknie haftowany, acz mocno poplamiony strój. Obaj w wolnych od uścisku rękach trzymali butelki z winem i wychlapując naokoło resztki, wydzierali się wniebogłosy: "Miał trzewicki z koziej  picki, heej!"
- Stop, stop! - krzyknęła dramatycznie Pantofleta, zasłaniając uszy siostrze Kolegiacie - Tu są kobiety, niewinne dziewice!
- Dziewice! - ucieszył się Poeta, głośno bekając - Aniela! Niebiańska istoto, tyle o... - nie dokończył i upadł, ciągnąc za sobą górala, po czym obaj natychmiast zapadli w sen.
Aniela stała z Kiciuńkiem w ramionach i po raz pierwszy w życiu i w wieczności nie wiedziała, co powiedzieć.
Piotr zaśmiał się ukradkiem i wyjaśnił:
- Moda na rekonstrukcje! Dusze oszalały na punkcie rekonstrukcji, a największe powodzenie ma wesele w Kanie Galilejskiej.
- W Kanie Galilejskiej? Z góralami??
- Moja droga, górale są wręcz rozrywani! Tańczą, grają, śpiewają, załatwiają cały program artystyczny.
- I to gości weselnych nie dziwi? Trochę inna epoka jednak, inna kultura, stroje...
- Nie, absolutnie! Górale zrobili oszałamiającą karierę już w Betlejem. kiedy wpadli na pomysł, żeby ze swoimi owcami dołączyć do miejscowych pastuszków. Owce szybko się ze sobą dogadały, więc pastuszkowie poszli za ich przykładem. Widziałaś u siebie na Ziemi szopkę bez górali?
- Nie widziałam - przyznała Aniela.
- No widzisz!
- Owce też chodzą na wesela?
- Nie, owcom już się nie chce! Zbuntowały się, odkąd przeczytały w Starym Testamencie, że to Pan jest ich pasterzem i baca może im tylko nagwizdać. Pasą się na połoninach i górale muszą chałturzyć sami.
Aniela usiadła na krzesełku i zamyśliła się. Niebo, dotąd miłe i błogie jak krem z eklerków, pokazało, że ma drugą fascynującą i pełną przygód stronę.

piątek, 13 maja 2011

5.

- Jesteś głodna? – domyślił się Piotr, ponieważ Aniela wierciła się niecierpliwie i gryzła lekko górną wargę, co było znakiem zafrasowania i zupełnie nie dodawało jej urody – Uczcijmy zatem ucztą twoją pierwszą duszę wprowadzoną do Nieba!
- Nareszcie mówisz rozsądnie! – ucieszyła się Aniela – Co będziemy jedli? Nic pruskiego, mam nadzieję?
- Możesz zażyczyć sobie wszystkiego, o czym zamarzysz – powiedział Piotr i skinął ręką na cherubinka, który podał Anieli wytworną kartę dań. Na czerpanym papierze zdobionym w delikatne prążki tłoczyły się nazwy najwykwintniejszych potraw świata, krzycząc złotymi literami do Anieli: Wybierz mnie! Wybierz mnie!
Aniela zanurzyła się w lekturze z rozkoszą. Na chwilę. Na dwie chwile. Na trzy…
- Zdecydowałaś się? Mija właśnie piąte stulecie, odkąd zaczęłaś czytać.
- Tak. Poproszę placki ziemniaczane – powiedziała grzecznie Aniela.
Piotr stłumił uśmiech i patrzył, jak Aniela pochłania placki. Sam, jak zwykle, zadowolił się pszennym chlebem i oliwkami.
- Nie jesteś kosztowny w utrzymaniu – zauważyła Aniela.
Piotr wyciągnął w jej stronę kielich wina:
- Chardonnay Chablis-Vaudesir Grand Cru. Na czymś muszę oszczędzać, więc wybieram tańszy chleb.
- Po co oszczędzać w Niebie? – zdziwiła się Aniela.
- Taki przewrotny hedonizm, zrozumiesz, jak pobędziesz tu dłużej. Pragmatyzm, który nie dopuszcza do przesytu. Bunt wobec konsumpcjonizmu, w który łatwo popaść w tych okolicznościach. I takie tam. Pozwolisz, że napełnię twój kieliszek?
- Nie, dziękuję – skrzywiła się Aniela – Wolę coś prostszego.
- Co jest twoim zdaniem prostsze od wina?
- Filiżanka herbaty i tort orzechowy – uśmiechnęła się Aniela do cherubinka, a Piotr wzruszył bezradnie ramionami.
Po trzecim kawałku tortu Aniela wstała, zaplątała się w swoją długą szatę i rozdarła ją aż do bioder.
- Ależ niewygodne te wasze kiecki! Kto je tu projektuje?
- Mamy najlepszych projektantów, ale możesz się ubrać w coś zupełnie innego. Pastelowe zwiewne szaty są najmodniejsze, lecz nie obowiązkowe.
- W takim razie chcę czerwoną sukienkę w białe groszki i czerwone pantofelki z kokardkami.
Na obcasach. Albo nie: białą sukienkę, a groszki czerwone. Czy granatową w białe punkciki, jak sądzisz? I pończochy i… może klipsy? – rozpędziła się Aniela – Nie, nie, bez ostentacji! Czerwień jest zbyt krzykliwa, zostańmy przy beżu, do tego czerwony pasek… Jest tu gdzieś lustro?
Usłużny cherubinek podsunął jej natychmiast kryształowe lustro, Aniela przejrzała się w nim z zadowoleniem.
- Jeszcze słomkowy kapelusz ze wstążką! Jak wyglądam? – odwróciła się do Piotra.
- Może być – odparł Piotr, który uważał, że Aniela wygląda głupio, ale nie chciał jej robić przykrości. 
Aniela przysunęła fotelik do Bramy, zasiadła na nim uroczyście i oparła nogi o framugę Bramy, żeby podziwiać kokardki na pantofelkach.
Piotr pomyślał, że nigdy, przenigdy nie zrozumie duszy, która ziemskie życie przeżyła jako kobieta.
Nie miał zresztą czasu na uczynienie jakiekolwiek próby w tym kierunku, gdyż jego uwagę odwrócił szum ciężkich szat, a w ślad za szumem objawiły się dwie strzeliste postaci odziane w lniane habity. W jednej z nich zdumiony Piotr rozpoznał Pantofletę.
- Wszystko dla Boga, Kościoła i naszego Zgromadzenia – odezwała się uroczyście Pantofleta.
- Zwariowałaś, Pantofleto? – nie wytrzymał Piotr – Dlaczego wy wszystkie dzisiaj się tak dziwacznie przebieracie? I dlaczego tak dziwnie mówisz?
- Wstąpiłam do zakonu i noszę teraz imię Sanktuaria. Obecna tu siostra Kolegiata towarzyszy mi w trudach zakonnego życia. Słowa, którymi się do ciebie zwróciłam, są naszym powitaniem.
- Jak się na nie odpowiada, siostro Sanktuario?
- Takoż! – odparła Pantofleta donośnie.
- Takoż! – powtórzył Piotr z zachwytem – Doskonałe! A jakoż, przepraszam, jakież są trudy, które ponosicie, drogie siostry i po cóż?
- Umartwienia, posty, milczenie – zaczęła wyliczać Pantofleta.
- Milczenie! – przerwał ucieszony Piotr – Ono w oczach Boga jest szczególnie cenne, jeśli mogę coś zasugerować.
- Trud milczenia wzięła na siebie siostra Kolegiata – odparła cierpko Pantofleta – Ja na swoje wątłe barki wzięłam trud napominania grzeszników i nawracania niewiernych.
- Znalezienie grzesznika w Niebie jest pewną sztuką – zauważył Piotr, jak się okazało, na swoją zgubę.
- Taak? – krzyknęła Pantofleta i wycelowała w Piotra kościsty palec w geście jednoznacznego potępienia – Wpuszczasz tu każdego, kto się przyplącze, całe Niebo roi się od grzeszników! A ta bezwstydnica jest najgorsza! Jak śmie tak się zachowywać? Co to w ogóle jest? – wrzasnęła, wskazując nogi Anieli oparte, o zgrozo, o Bramę (uświęconą wielowiekową tradycją czy czymś takim, Pantofleta nie miała teraz głowy do precyzyjnych określeń).
- To dzieła Boże – odparła bezczelnie Aniela – W dodatku jedne z bardziej udanych, siostro Sanktulino. Ładnie ci w tym szarym habicie – dodała uprzejmie – Bardzo pasuje do twojej cery.
Chude policzki Pantoflety zrobiły się fioletowe ze złości.
- Ta śliwka też gustowna – dołożyła jej natychmiast Aniela – Od razu cię ożywia.
- Dosyć! – zdenerwował się Piotr – Aniela za Bramę, ktoś na ciebie czeka, a wy obie pomilczcie w intencji waszej siostry, żeby jej się charakterek poprawił. I cisza ma być!
Sanktuaria i Kolegiata przysiadły z boku otulone w obłoczki ciężkiej obrazy, a Piotr
popchnął Anielę w stronę niebiańskiego progu, przed którym czekała malownicza postać
otulona w czarną pelerynę. Stroju dopełniał szerokoskrzydły kapelusz, a w interesująco męskiej, jak natychmiast zauważyła Aniela, twarzy błyszczały demoniczne czarne oczy.
Intrygująca postać trzymała na ręku niewielkiego, białego, niesamowicie kudłatego psa, (prawdopodobnie przodem psa do przodu, ale chwilowo trudno było to ustalić).
- Pan poeta? Pan poeta? – zapytała zachwycona Aniela, bo jakoś jej się przypomniał Wyspiański.
- Poeta, niebiańska istoto! – ukłonił się zamaszyście i wyrecytował:
Więc uwielbiałem gwiazdy,
Liryczny okultysta,
Dlatego, że uśmiech twój każdy
To była droga gwiaździsta.

Zadowolona Aniela zerknęła na Piotra, ale ten popukał się w czoło.
- To Broniewski, proszę pana – powiedziała więc surowo do poety – Proszę zadeklamować swój wiersz!
- Jeśli pani pozwoli, ofiaruję jej swój tomik z autografem, a Limeryk zadeklamuje coś własnego.
- Limeryk? – zdumiała się Aniela – On też jest poetą?
- Limeryku, bądź łaskaw – zwrócił się poeta do psa i postawił go na ziemi.
Limeryk strząsnął z nosa grzywę i zadeklamował:

Juan Carlos, mąż krewkiej Ortezy
nie chce nosić przy gościach plerezy,
a że lanczyk się zbliża u diuka,
ona każe mu włożyć perukę
utrefioną w misterne anglezy!

- Co to za koszmarne bzdury? – jęknęła Aniela.
- Bzdury? – obraził się poeta – To bardzo dobry limeryk! W dodatku jak na psa!
- Jak na psa… owszem – zgodziła się Aniela – Za życia był na pewno sławny?
 - Ależ skąd! Nikt mi nie wierzył, że on pisze limeryki!
- Nawet kiedy je recytował?
- Niestety, nie chciał recytować – powiedział ze smutkiem poeta.
Aniela pogłaskała czule Limeryka po zmierzwionych uszach:
- Wyrecytujesz jeszcze coś?
Limeryk potrząsnął odmownie grzywą, a poeta wziął Anielę pod łokieć i szepnął jej cichutko do ucha:
- Pozostałe są bardzo nieprzyzwoite…
- Skoro tak… to trudno, ale nie martw się, urządzimy wam wieczór autorski.
Do zobaczenia! – powiedziała Aniela, a poeta i pies przekroczyli Bramę.
- Do zobaczenia wkrótce, niebiańska istoto!
Limeryk pognał natychmiast za pierwszym przechodzącym przez drogę kotem, a poeta pobiegł za nim, żeby nie stracić go z oczu.
Pantofletę rozsadzała chęć powiedzenia czegoś, ale Piotr pogroził jej palcem.
- Zapomniałaś go zapytać, jak się nazywa – powiedział uszczypliwie do Anieli – A gdyby cię widział przy tych plackach ziemniaczanych, nie nazwałby cię istotą niebiańską!
- Nie szkodzi, zapytam przy okazji – odparła jak zwykle niefrasobliwie Aniela, lekceważąc drugą część wypowiedzi Piotra.
Patrzyła za oddalającym się szybko w niebieskiej mgiełce poetą. Kiedy zniknął jej z oczu, poczuła mocny smutek. Zaniepokoiła się. Nie po to przeniosła się do Nieba, żeby się smucić.
Piotr zaniepokoił się także:

    - Co ci jest? Dziwnie wyglądasz...
    Nie wiem – odpowiedziała Aniela – Obawiam się, że tęsknię za poetą. Stał mi się bliski, chyba dlatego, że przepuściłam go przez Bramę.
    - Za profesorem w garniturku jakoś nie tęsknisz – Piotr nie odmówił sobie uszczypliwości.
    - Bo tu chodzi o poezję, a poza tym wiesz, jak kocham psy!
    - Nie martw się, wróci, przecież obiecał, niebiańska istoto. Zdrzemnę się odrobinę, a ty popilnuj Bramy, zdaje się, że znowu kogoś diabli nadali, chciałem powiedzieć, anieli przywiali – poprawił się, oglądając się z niepokojem na Pantofletę. Na szczęście, pobożna niewiasta pogrążyła się w tak głębokiej modlitwie za grzeszną i przystojną duszę poety, że zasnęła z błogim wyrazem oblicza.Aniela posłusznie wróciła na swoje miejsce przy Bramie, a Piotr ułożył się wygodnie.
Aniela ucałowała Oriona w miękkie ucho:
 - Ty nie piszesz limeryków, ale i tak jesteś najcudowniejszym psem w Niebie.
Orion pomachał wesoło ogonem i spojrzał na nią z miłością większą niż całe ogromne Niebo.









piątek, 18 lutego 2011

4

Orion obwąchał pobieżnie szary podniszczony garnitur, w który była ubrana dusza, a który sugerował jej płeć mniej więcej męską. Zapach nie niósł żadnych smakowitych skojarzeń, więc Orion machnął rozczarowanym ogonem i położył się pod drzewem.
 Blade szczupłe policzki duszy, zmarszczki na czole i wokół oczu wskazywały natomiast, że  większość ziemskiego czasu człowiek w garniturze (a niewątpliwie do trumny ustrojono go w najlepszy strój) spędzał w dusznych pokojach, przy słabo mrugających lampkach, zapewne, o zgrozo, w bibliotekach.
„Humanista” – oceniła zawiedziona Aniela. Wolałaby, aby pierwsza dusza, jaką przyszło jej witać na progu Niebios, była bardziej efektowna, ale dobre serce energicznej pomocnicy świętego Piotra zawstydziło się zaraz takich myśli i Aniela, chcąc dodać biedakowi otuchy, błysnęła zębami w jeszcze szerszym reprezentacyjnym uśmiechu i otworzyła ramiona w powitalnym geście, co wprawiło duszę w śmiertelne przerażenie:
 - Bogurodzica Dziewica, Bogiem sławiena… – wymamrotał nabożnie szary garnitur.
- Panie, jaka Bogurodzica! – machnęła ręką Aniela – Bogurodzica nie wita nawet papieży, a ja jestem Aniela, pomocnica świętego Piotra. Pan polonista? – zapytała ze współczuciem.
- Profesor Kajetan Prztyk – Prztyński. Językoznawca. Ba… badałem języki Słowian wschodnich i ludów nadbałtyckich – wyjąkała dusza.
- Pasjonujące! – powiedziała uprzejmie Aniela i przypomniała sobie ze wstrętem, co myślała o ludach słowiańskich i ich językach pewnego nader odległego lata, gdy wakacje umilała sobie pięknem języka starocerkiewnosłowiańskiego do egzaminu poprawkowego.
 Do reszty straciła zainteresowanie przybyszem i zapragnęła jak najszybciej przepchnąć go na druga stronę. „Szkoda, że nie zapytałam Piotra, co mam robić” – pomyślała. Niecny Stróż Niebiański zapadł był właśnie w miłą drzemkę i nie wyglądał na osobę skłonną do pomocy.
Co robić, denerwowała się Aniela, w jakąś księgę go wpisać, może z grzechów przepytać?
Starała się przypomnieć sobie własne przekroczenie Bramy, niestety, nie pamiętała zupełnie nic. Zostało jej wrażenie czegoś miłego, delikatnego, miękkiego i trudnego do określenia, czegoś podobnego do ptasiego mleczka, chociaż niemożliwe chyba, żeby wtedy od razu dawali jej jeść?
- Co pan ma ze sobą? – zapytała, wskazując plik papieru ujętego w gruby tekturowy segregator, który dusza z wysiłkiem i wielką troską przyciskała do piersi.
- To mój największy skarb! – rozjaśnił się profesor – Próba rekonstrukcji języka Prusów!
Po trzydziestu latach pracy byłem już prawie gotów do napisania słownika i ot, okrutna śmierć…
- … przerwała dzieło – dokończyła domyślnie Aniela, która już była pewna, że to wariat.
Pytanie go o grzechy nie miało sensu – Czekaliśmy na nie w Niebie z niecierpliwością.
Proszę, niech pan wejdzie – dodała, zastanawiając się, czy w Niebie przewiduje się kary za kłamstwo.
Profesor przekroczył Bramę jeszcze niepewnie, przygarbiony, poszarzały, a po chwili Aniela dostrzegła, jak wyprostował się, pojaśniał i poszedł przed siebie sprężystym krokiem lekkoatlety.
Aniela z poczuciem dobrze wykonanej pracy rzuciła się na fotelik i zamierzała pokrzepić się czymś słodkim, gdy przeraźliwy wrzask profesora zepsuł jej błogą chwilę. Piotr obudził się
i zerknął na drogę, po której profesor pruł powietrze w dzikim pędzie, krzycząc nadal głośno trudne do zidentyfikowania wyrazy.
- Co mu się stało? – przeraziła się Aniela
- Zrozumiał język Prusów – przeciągnął się Piotr – Krzyczy z radości.
- Wiedziałam, ze wariat – wzruszyła ramionami Aniela – Dokąd tak popędził?
- Nie wariat, moja miła, tylko pasjonat! Poświęcił cale życie na badanie wymarłego języka, a teraz zrozumiał go w ciągu jednej sekundy. Można oszaleć ze szczęścia, prawda?
- Po co mu ten język? – Aniela pozostała nieczuła i sceptyczna – I dokąd go teraz poniosło?
- Do Prusów, oczywiście. Nareszcie ma z kim pogadać.
- To oni tutaj są?! Ci poganie?
- Oczywiście, że są. Gdzie niby mają być?
- A co na to Krzyżacy? – zainteresowała się Aniela – Cieszą się z sąsiedztwa?
- Rozczaruję cię: żyją w idealnej zgodzie, złośliwa istoto.
- Jak tego dokonaliście?
- Na początku było trudno – przyznał Piotr – Obie strony próbowały sobie „wyjaśniać historię” i mieliśmy trochę zamieszania. Ale kiedy Pantofleta wystąpiła z propozycją serii odczytów ekumenicznych, natychmiast się pogodzili.
- Odczyty się zmarnowały? – zmartwiła się Aniela
- Boże uchowaj! Pantofleta, po lekkich przeróbkach, pogodziła nimi ze sobą zwaśnione plemiona Indian, dwa pisma katolickie wydawane w jednym mieście oraz dwóch mułłów odmiennie interpretujących pewien werset Koranu. Na szczęście dla nas, mułłów odmiennie interpretujących jest bardzo wielu i Pantofleta na pewien czas przeniosła się do muzułmanów.
Mieliśmy trochę spokoju. No, ale wróciła.
- Pantofleta jest niebywale kreatywna, prawda? 
- I nieśmiertelna, moja droga, nieśmiertelna! A te dwie cechy to bardzo wybuchowa mieszanka! – podsumował Piotr, a Orion potwierdził jego słowa energicznym i głośnym szczekaniem.

środa, 29 grudnia 2010

3

Zanim Pan zaryzykował odpowiedź na to trudne pytanie, droga wysadzana hortensjami zaszeleściła, zafurkotała, zapieniła się falami jedwabnych spódnic, w które spowita była niezmiernie wysoka i chuda postać śpiesząca ku Bramie. Nie tylko spowita. Zamotana, obłóczona, otulona, owinięta. Ponad falami jedwabiu niczym końcówka łodzi podwodnej wychylał się długi nos, a za nim reszta oblicza.
- Witaj, Pantofleto – spróbował ucieszyć się Piotr.
- Przyniosłam ci nowe pantofle, Piotrze, przymierz! – zawołała radośnie Pantofleta, wyjmując z woreczka szare filcowe pantofle. Haftowane w zielone grzybki. W grzybki zdobione białymi kropeczkami. Oblicze Piotra na ten widok także trochę zzieleniało.
- Pozwól, że ci najpierw przedstawię moją towarzyszkę… – powiedział uprzejmie i z nadzieją, że odwróci skutecznie uwagę artystki i odwlecze upiorną chwilę, gdy wytwory jej talentu przyozdobią mu stopy.
Pantofleta oczywiście od razu zauważyła Anielę i dlatego postanowiła udawać, że jej nie widzi.
- Piotrze drogi – przerwała mu bez ceremonii – Marzyłam o chwili, gdy te pantofle ogrzeją twoje biedne zmarznięte nogi! Pantofle mają moherowe wkładki i są mięciutkie jak… jak małe kurczątka! – rozczuliła się.
- To jest Aniela – ratował się jeszcze Piotr – Będzie mi pomagała witać nowe dusze…
Pantofleta rzuciła w stronę Anieli uśmieszek słodki jak kwasek cytrynowy oraz spojrzenie,
które łamacz szyfrów mógłby opisać następująco: „Spadaj stąd, małpo, natychmiast, to moje terytorium”, a reszta tłumaczenia nie nadaje się do druku.
- Dlaczego grzybki są zielone? – zapytała Aniela, która doskonale zrozumiała szczególnie drugą część szyfru – Zabrakło ci czerwonego moheru… wielebna matko?

I stało się.
Błyskawice w oczach Pantoflety rozjarzyły niebo niczym wybuch tysięcy fajerwerków.  Mały aniołek śpiący na obłoczku nad Bramą oprzytomniał w jednej chwili, zeskoczył przerażony, że przespał podniosły moment wkraczania do Niebios jakiejś ważnej duszy, wrzasnął na wszelki wypadek „Hosanna!”, zobaczył, co się dzieje, zrobiło mu się głupio i uciekł.
Orion schował się z piskiem za spódnicę Anieli, a Piotr milczał.
Milczał tak skutecznie, że nie zauważył, iż kłótnia pań ze szczebla osobistego przeniosła się na obszar teologiczny.
- Jak ci się tu nie podoba, to idź sobie do piekła! – krzyczała Pantofleta.
- Piekła nie ma! – odgryzła się Aniela – Przecież ty pierwsza byś w nim siedziała!
- Piotrze, powiedz tej ignorantce, że JEST piekło! – zapiekliła się Pantofleta.
- Nie ma, nie ma! Powiedz jej!
- Jest – wyjąkał przerażony Piotr, myśląc w tej chwili o piekle raczej z sympatią.
- Ale puste, puste! – wydzierała się Aniela – To jest tylko metafora!
- Metafora! – zaśmiała się szyderczo Pantofleta – Nieźle byś tam sobie przypaliła ten chudy zadek!
- Uspokójcie się! – ryknął Piotr – Jak to możliwe, że we wszystkich częściach Nieba panuje niebiański spokój, a w chrześcijańskiej ciągle awantury!
- Jakie hurysy, taki Raj – odpowiedziała słodko Aniela. Tego ciosu przeciwniczka już nie była w stanie odeprzeć.
- Jędza! – wysyczała, zafurkotała tęczą spódnic i oddaliła się pośpiesznie. Aniela wygrała pierwszą bitwę.
- Przesadziłaś! – powiedział surowo Piotr - To ją mocno zraniło.
Aniela nie była jednak w nastroju do odczuwania wyrzutów sumienia.
- Jaki delikatny kurczaczek, myślałby kto! Przypomina raczej orlicę po przejściu trąby powietrznej!
Piotr zakrztusił się powstrzymywanym długo śmiechem. Celność uwag Anieli wystawiała na szwank powagę urzędu Boskiego Klucznika. Na szczęście rzut oka na pantofle w zielone grzybki od razu popsuł mu humor. Było jasne, że będzie musiał je założyć, by ulżyć zbolałej duszy Pantoflety. I filcowe pantofle haftowane w filuterne muchomorki będą pierwszym widokiem, jaki ujrzą przybywające do Bramy dusze. A obok będzie Aniela, po której można się spodziewać wszystkiego.
- Piotrze, wytłumacz mi, jak to jest z piekłem! – poprosiła Aniela, która tymczasem pochłonęła resztę czekoladek z marcepanem i rozglądała się za czymś nowym do zjedzenia – Naprawdę istnieje? Takie prawdziwe…piekielne?
- Najpiekielniejsze! – zapewnił ją Piotr – Gorące i paskudne jak wszyscy diabli.
- Jak to? – przeraziła się Aniela – Przecież Bóg jest dobry i mądry i ma inne sposoby na tych, no, na grzeszników, nie wtrąca ich tam na wieczność?!
- Oczywiście, że nie – uspokoił ją Piotr – Piekło jest prawdziwe i puste. Wiesz, to coś w rodzaju…hm, skansenu.
 - Skansenu? – zdumiała się Aniela – Opłaca się trzymać taki skansen?
- Zapewniam cię, że tak! Piekło jest bardzo pożyteczne. Trzymamy tam pasjonatów. Jeden na przykład robi odwierty geotermiczne. Trzeba tylko pilnować, żeby od czasu do czasu trafił na jakieś źródło, bo jak się nudzi, to wraca tutaj i zakłada radio albo uniwersytet. Pantofleta się zaraz w to angażuje i robi dużo zamieszania.
- Dziwnie jest w Niebie – powiedziała Aniela i nie zdążyła dodać nic więcej, bo nagle Orion skoczył z głośnym szczekaniem w stronę Bramy, przed którą stała cichutka i bardzo wystraszona dusza.
- Mamy gościa! – uśmiechnął się Piotr - Twoja pierwsza dusza na progu Nieba! Czy możesz mi obiecać, że bez względu na okoliczności będziesz miła, uprzejma i będziesz trzymała swój wredny języczek za zębami?
Aniela zastanowiła się przez moment.
- To wykluczone! – powiedziała i uśmiechnęła się promiennie do nowicjusza:
- Witaj w Niebie!

niedziela, 28 listopada 2010

2.

- Spokojnie tu dzisiaj jak Kanie Galilejskiej przed cudem – westchnął przy Bramie z zadowoleniem Piotr i zasiadł na płaskim szerokim głazie. Na Anielę czekał wygodny wiklinowy fotelik, niewielki stolik nakryty białą serwetką, a nim stał… a na nim stałby talerz z wypiętrzoną piramidą babeczek, gdyby Orion nie strącił go energicznym trzepnięciem ogona.
- Moje babeczki! – zmartwiła się Aniela
- Czy ty na Ziemi głodowałaś? Objadasz się jak Gargantua! – powiedział kąśliwie Piotr i odłamał z cynowego talerza leżącego u jego stóp kawałek twardego suchego podpłomyka.
- Jak wy mogliście coś takiego jeść – skrzywiła się Aniela –I ta paskudna manna do tego.
- Manna! – rozmarzył się Piotr – Gdybyś wiedziała, jak ona chrzęści między zębami, zmieszana z ziarenkami piasku! Smak mojej młodości! Spróbuj!
- Niee, dziękuję, wolałabym coś słodkiego. Może być marcepan.
W tym momencie na stoliku pojawiła się srebrna taca z piramidką ciemnobrązowych krążków.
- W gorzkiej czekoladzie? – upewniła się Aniela – Ze śliwkami?
- Panie, kogo mi zesłałeś do pomocy! – westchnął Piotr – Moja poprzednia asystentka, Pantofleta, bardzo lubiła podpłomyki.
- Dlaczego jej tu nie ma?
- Biedaczka cierpi na melancholię.
- Znowu ze mnie żartujesz – oburzyła się Aniela – W Niebie nie ma melancholii ani smutku!
- Moja droga, jestem tu trochę dłużej od ciebie i zapewniam cię, że w Niebie można znaleźć wszystko. Oczywiście, z wyjątkiem śmierci, zła i tym podobnych śmieci. Widzisz, Pantofleta próbowała dogonić swoje przeznaczenie na Ziemi i to jej się nie udało, więc trafiła do Nieba jako dusza wiecznie poszukująca.
- I co?
- Pantofleta odczuwa potrzebę oddawania się idei, poświęcania dla niej, próbowała zakładać tutaj kobiece stowarzyszenia, organizowała akcje, które wszyscy lekceważyli, więc kiedy  dowiedziała się, że w części Nieba dla muzułmanów stale brakuje hurys, zgłosiła się jako ochotniczka.
- I co?! – zainteresowała się bardziej Aniela.
- Nie przyjęli jej. Oni są pod pewnymi względami niezwykle ortodoksyjni. Mają ścisłe wytyczne dotyczące hurys i, delikatnie rzecz ujmując, Pantofleta nie pasuje wizerunkowo.
Mocno odczuła ten afront, zamknęła się w sobie i zaczęła pasjonować się haftem.
- Takie buty – mruknęła Aniela
- Nie buty. Pantofle! Haftuje pantofle z filcu i ciągle zdejmuje ze mnie miarę! Twierdzi, że mam klasyczną stopę.
- Jak myślisz, czy ja bym się nadawała na hurysę? – zapytała Aniela, przyglądając się w skupieniu swojej sylwetce.
- Panie mój – jęknął Piotr bezradnie – Ja nie mam ambicji, żeby zostać męczennikiem, dlaczego tak ciężko mnie doświadczasz?!

sobota, 27 listopada 2010

1.

Kiedy Aniela po bardzo długim życiu trafiła do Nieba, przez pewien czas robiła to, co lubiła robić najbardziej – to znaczy, nie robiła nic. Przez tydzień, może dwa rozkoszowała się ulubionym widoczkiem: lekko zamglone góry tonące w pianie jodeł ( w Niebie dostępny był każdy ziemski widok i każda pora roku równocześnie), jadła szarlotkę i tort czekoladowy, brzoskwinie i melony i marzyła…
Nie tęskniła za nikim, nikogo nie chciała odszukać. Na razie. Przez chwileczkę.
Wystarczała jej cisza i rzeczywiście niebiański spokój, który był nieskończenie bardziej cudowny niż wszelkie o nim wyobrażenia. I Orion, który czekał tu na nią już bardzo, bardzo długo i miał tak samo bursztynowe spojrzenie i tak samo zimny nos jak kiedyś.
Niestety, nawet w Wieczności nic nie trwa wiecznie. Aniela właśnie najbezczelniej wyjadała krem z kremówek, nie troszcząc się, że poplami kartki czytanej książki (w Niebie problem plam wszak nie istniał). Nadmienić trzeba, iż Aniela po wdarciu się do niebiańskiej biblioteki  
natychmiast zapomniała o składanych sobie obietnicach, że w Wieczności przeczyta wreszcie wszystkie ambitne książki, na które w życiu na szczęście nie miała czasu, odsunęła ze wstrętem młodą literaturę mongolską i postmodernistów tureckich i wybrała z półki… nie, lepiej nie zdradzać, co takiego ambitnego wybrała Aniela.
Gdy więc Aniela najbezczelniej czyniła spustoszenie w kremie i w swoim intelekcie,
usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Za drzwiami stał, uśmiechając się miło, święty Piotr.
 Nie miał brody, siwiejące na skroniach włosy były bardzo bujne, a pod białą szatą prężył się tors godny gladiatora.
- Przydomek Skała zobowiązuje, prawda? - powiedział do lekko zdziwionej Anieli – Przyszedłem zapytać, czy nie masz ochoty na jakieś urozmaicenie?
- Nie! – odpowiedziała energicznie Aniela – Chciałabym jeszcze trochę odpocząć, dopiero zaczęłam.
- Minęło już kilka stuleci, wygląda na to, ze jesteś w odpoczywaniu nienasycona – odparł święty Piotr lekko uszczypliwie.
- Dziwisz się? – wzruszyła ramionami Aniela – Mam po czym odpoczywać! Myślałam, że minął dopiero tydzień.
- Jesteś mi potrzebna. Marzę o twoim towarzystwie przy Bramie.
- To na pewno będzie nudne – skrzywiła się Aniela
- Ależ skąd! Zapewniam cię, że to lepsze miejsce widokowe niż stolik w paryskiej kawiarni. Tłumy dusz się tam kręcą, a jedna ciekawsza od drugiej!
- Ja wolę spokój - mruknęła Aniela – A święty spokój jest tu podobno gwarantowany.
- Nie grymaś, spodoba ci się. A przy okazji pokażę ci kawałek Nieba.
Piotr poprawił aureolkę na głowie Anieli i wskazał jej drogę, która wiła się uroczo wśród krzewów piwonii i hortensji. Przygotował drogę tak, jak lubiła i natychmiast tego pożałował, gdyż Aniela przystawała w zachwycie nad każdym kwiatkiem.
Orion niestrudzenie biegł za nią i sikał na każdy krzew.
- Próbuję powstrzymać się od uwag, ale jest to najgorzej wychowany pies w Wieczności – powiedział Piotr.
- Wiem – odparła beztrosko Aniela – Sama go przecież wychowałam!
A co to jest? – zdziwiła się, słysząc niewyraźny, narastający szmer, który wkrótce dał się rozpoznać jako brzęczenie polifonicznych melodyjek.
- To skupisko ubogich w duchu – wyjaśnił Piotr i pokazał Anieli dolinkę, gdzie
 dusze z porządnie wygolonymi karkami stukały z pasją w klawiatury telefonów komórkowych.
- Po co im te telefony? Czy tutaj jest zasięg?
- Ależ skąd, nie ma! Jeden operator wprawdzie obiecywał, ale chciał tylko dla rodziny, więc się nie opłacało ciągnąć kabli. Ci w dolinie ściągają sobie melodyjki.
Nie przyglądaj im się z takim obrzydzeniem! Tu każdy jest szczęśliwy tak, jak sobie wymarzył.
Aniela nadal stała nieruchomo, gryząc dolną wargę i rozszerzając dziurki od nosa, co było u niej wyrazem najwyższego – dodajmy, rzadko doznawanego – skupienia.
- Chodźmy dalej – powiedział Piotr, który przyglądał się Anieli z radością zabarwioną mało niebiańskim szelmostwem.
Nie dane im było jednak zbyt długo wędrować spokojnie, gdyż Aniela tym razem przystanęła na widok jasnobłękitnej poświaty błyszczącej nad kolejną doliną.
- A to co znowu? – wyjąkała – Wygląda jak blask niezliczonej ilości ekranów telewizyjnych!
- Bo to są telewizory. Prawie wszyscy je tutaj mają.
- Kpisz sobie ze mnie! – obraziła się Aniela.
 - Nie czytałaś Apokalipsy? „I wniosą do niego przepych i skarby narodów” – no to większość narodów wchodzi z telewizorami.
- „A nic nieczystego do niego nie wejdzie” – upierała się Aniela.
- Moja droga, te współczesne plazmy mają bardzo czysty odbiór, a poza tym powiem ci w sekrecie, że odkąd Hanka Mostowiak zaadoptowała dziewiąte dziecko, nawet Matka Boska ogląda „M jak miłość”! Przestań się wiercić i rozglądać, bo nie dojdziemy do Bramy w tym stuleciu!